Anomalia pogodowe w Polsce rzeczywiście stały się faktem, a globalne ocieplenie przestało być pustym sloganem. Odczuwamy to my, odczuwają nasi milusińscy, odczuwają też rośliny. Mimo regularnego, czyli jednakowego jak i o innych porach roku podlewania, wyglądają coraz marniej, zarówno te domowe, jak i ogrodowe czy balkonowe. Wygląda zatem na to, że samo podlewanie nie wystarczy tą letnią, monsunową porą. Co robić, by rośliny do jesieni nie straciły nic ze swego uroku, a jeśli już tak się stanie – straciły jak najmniej?

Podlewanie częściej lub większą ilością wody niż zwykle może przynieść skutek odwrotny do zamierzonego, więc nie ma co ryzykować. Pozostaje skrapianie roślin „od góry” pomiędzy kolejnymi porcjami wody do doniczki (nie zaszkodzi też przecieranie liści, zwłaszcza tych bardziej obszernych, wilgotną, miękką szmatką, na przykład z mikrofibry), a w przypadku roślin ogrodowych i trawników – zorganizowanie ogólnie pojętego zraszania. Może to być polewanie strumieniem wody ze zwykłego węża ogrodowego, bądź zamontowanie profesjonalnego, mechanicznego zraszacza. Kolejna istotna kwestia: we wnętrzach przestawmy rośliny tam, gdzie promienie słoneczne nie operują tak mocno. Nawet te kwiaty, które z definicji lubią słoneczko i zawsze lgną do światła, przy temperaturze 35 stopni Celsjusza w cieniu i koszmarnej duchocie mogą poczuć się co najmniej mało komfortowo. Domowe aranżacje florystyczne muszą na jakiś czas zejść na drugi plan i nawet jeśli czerwona doniczka nie pasuje między tymi niebieskimi na parapecie, gdzie zazwyczaj króluje cień – tam właśnie powinna trafić. Kontrola przede wszystkim! Sprawdzajmy poziom wilgotności roślin codziennie rano i wieczorem. Przy tropikalnych wręcz jak na naszą strefę klimatyczną upałach nawet kilka godzin bez uzupełnienia wody może okazać się ostatnimi godzinami z życia ukochanej pokojowej roślinki. A byłoby przecież szkoda.





