Bez wątpienia małżonek pozazdrościł mi ostatniego postu. Jemu też przecież przytrafiła się kiedyś prawdziwa katastrofa! A zatem…
Od jakiegoś czasu nosiłem się z zamiarem wyremontowania łazienki. W końcu, po wszystkich naradach z małżonką, jak ma to wyglądać i co trzeba jeszcze zrobić, zdecydowaliśmy, że w przyszłym tygodniu ruszamy z remontem. Więc zaczęły się zakupy, wybieranie płytek, nowej wanny, i tym podobnych artykułów. Ale zakupy i plany to jedno, a co w domu, to drugie…
Od ostatnich świąt w naszym domu zagościł czworonożny przyjaciel. Córka jest zachwycona, bo nasz mały, jak na razie, piesek, jest stworzeniem bardzo pociesznym i w sumie nic, tylko je i śpi. Tak nam się przynajmniej wydawało. I nagle, kiedy prace w łazience w końcu ruszyły, okazało się, że mała, słodka kulka sierści potrafi nieźle nabroić. Przyjechaliśmy z zakupów, na których oprócz kafli, kupiliśmy trzy worki kleju. Wszystko było pięknie do następnego dnia, kiedy to po powrocie z pracy zobaczyłem te worki w strzępach, a mojego psa nie w czarnym, a w białym kolorze. To był początek, bo po chwili moim oczom ukazał się kadr wyjęty z filmu wojennego. Kochany szczeniaczek rozniósł całość kleju po podłodze, bynajmniej nie tylko w samej łazience. I tak, sobotni wieczór spędziłem nie z gazetą, a ze ścierką do podłóg w dłoni. Mocną i chłonną chociaż, dobre i to.